sobota, 25 stycznia 2014
"Wydaje Nam się, że jesteśmy wykątkowi. (...) jednak wybór nalezy do Ciebie."
Wszystkim Nam wydaje się, że jesteśmy wyjątkowi. Wydaje nam się, że akurat w naszej osobie znajduje się coś czego brakuje u kogoś innego. Przecież słuchasz "porządnej" muzyki. Czytasz wyłącznie ambitne tytuły powieści. Bardzo starannie wyszukujesz elementów do skompletowania garderoby. Spędzasz godziny szukając przepisów na proste i jednocześnie oryginalne danie w necie. Myślimy, że to co robimy sprawia, że jesteśmy wyjątkowi, niepowtarzalni, jedyni w swoim rodzaju. Błąd. Wszyscy jesteśmy identyczni. Nie wiem czy to wada czy zaleta. Po prostu tak jest. Należy to zaakceptować i żyć dalej. Żyć tak jak miliony innych ludzi. Szukać w życiu tego co inni. Odpowiecie miłości? Zrozumienia? Kolejny błąd. Wszyscy szukamy przyjemności. Oczywiście rożni ludzie uzyskują ja w różny sposób - poprzez miłość i bliskość drugiej osoby, poprzez sex i zaspokojenie swoich fizycznych potrzeb, poprzez głupie jedzenie czy nawet pracę, która sprawia, że czujesz się do czegoś potrzebny. Nie ma sensu zagłębiać się w sposoby innych na dojście do tak zwanego szczęścia. To i tak nic nie zmieni. Jesteś jednym z siedmiu miliarda ludzi - nikim szczególnym. Jednak masz kilka wyjść. 1) Możesz położyć się i stwierdzić, że to co robisz i tak nie ma sensu. Nie pomylisz się. 2) Możesz po prostu żyć - przeczytać ten post i kilka innych na przypadkowych stronach, po których zapewne buszujesz od jakiegoś czasu. W przyszłości znaleźć kogoś z kim stworzysz coś na kształt rodziny. Znaleźć stabilną, dającą możliwość przeżycia posadę. Kupić dom i przynieść do niego psa. 3) Jednak możesz też Żyć. Korzystać z tego co, mimo wszelkich wątpliwości, możesz zrobić. Nie trać żadnej okazji. Korzystaj z każdej szansy jaka ci się przydarzy. Znajomi zapraszają się do baru? Idź - może akurat TEJ nocy nie zapomnisz. Powinieneś jechać na urodziny do ciotki, której tak bardzo nie cierpisz? Jedź - może akurat nadarzy się szansa aby pokazać jej, że nie przejmujesz się tym, że zawsze traktowała cie jako zakałę rodziny. Widzisz ciekawy plakat koncertu, który odbędzie się w twojej miejscowości? Musisz na niego pójść - może pokochasz tą muzykę, może poznasz kogoś nowego. Widzisz ciekawą książkę na wystawie w księgarni? Kup albo wypożycz w najbliższej bibliotece - może właśnie ona wniesie do twojego życia trochę koloru. Korzystaj z wszelkich szans jakie ci się nadarzą! Osobiście wolę żałować, że coś zrobiłam i nie wyszło niż zadręczać się, tym, co mogło nastąpić.jednak wybór należy do ciebie. Zawsze tylko i wyłącznie do Ciebie.
czwartek, 9 stycznia 2014
"Pozostał jedynie smutek i żal."
-Kasia, chodź jutro na lody do mc'donalda! - rzuciłam wychodząc z sali po ciężkiej lekcji matematyki. - Przez 45 minut nie myślałam o niczym innym! Jak mam myśleć o wielomianach, kiedy przed oczami mam różka z polewą czekoladową?!
- No spoko, możemy iść. - odpowiedziała moja koleżanka bez cienia entuzjazmu.
- Mhm... Już mi ślinka cieknie...
Następnego dnia nie mogłam wysiedzieć na ostatniej lekcji. Myślałam tylko o tym, jak przyjemnie rozpocznę dzisiejsze południe.
- Paulina, muszę lecieć do Galerii po sukienkę na sobotę. - powiedziała Kasia gdy właśnie zbierałyśmy się do wyjścia.
- Ok, kupimy tą sukienkę i wstąpimy do jakiejś kawiarni, w końcu znajdziemy jakąś w Galerii. - odpowiedziałam, nadal nie tracąc dobrego humoru.
- Pospiesz się. To może zdążymy na autobus!
Na przystanku byłyśmy punktualnie, mimo to musiałyśmy czekać na autobus ponad 20 min.
- Zaraz zamarznę.Chodźmy na tramwaj.- powiedziałam, szczękając zębami.
- Nie. Ja zostaję. Napewno poprzedni uciekł, zaraz jakiś przyjedzie.
Po chwili przyjechał stary, przegubowy bus. Wsiadłyśny jednak on nie odjeźdżał.
- Awaria! Wysiadać! - usłyszałyśmy od kierowcy.
- Świetnie! Co teraz?
- Idziemy na nogach. W końcu to nie aż tak daleko.
- No jasne. - rzuciłam pod nosem. Zwłaszcza, że zaczynała dawać o sobie znać niedawna kontuzja nogi.- Ekstra. Chodź.
Po jakiś 30 minutach byłyśmy na miejscu. Poszłyśmy najpierw kupić sukienkę, o której Kasia mówiła bez przerwy. Była ok. Obcisła, czarna, koronkowa - klasyka. Następnie udałyśmy się w stronę kawiarni.
- Zajmę jakiś stolik. - powiedziałam i zaczęłam iść w ich stronę.
- Nie! Najpierw zamówmy.
Po wybraniu deserów, o których marzyłyśmy, cóż przynajmniej ja marzyłam. Siadłyśmy do stolika i zaczęłyśmy gadać o jakiś małoistotnych sprawach - zwykłe wyjście z koleżanką.
- Kaśka, czemu się tak spieszysz? Udławisz sie za chwilę, a nie nie zdałam jeszcze pierwszej pomocy. - powiedziałam po chwili z uśmiechem.
- Za 15 min mam autobus, muszę się pospieszyć.- odpowiedziała.
Fala uczuć, które w tym momencie przewinęły się przeze mnie była ogromna. Najpierw niedowierzanie - na pewno żartuje. Potem złość - dlaczego wiedząc o tym, że za niedługo będzie musiała jechać, zabrała mnie ze sobą, czemu po prostu nie powiedziała, że nie ma czasu? Na koniec smutek - tak wiele o tym gadałyśmy, co z tego wyszło....?
- Jasne, idź.- powiedziałam, wkładając do ust kolejną porcję lodów.- No leć, bo się spóżnisz.
- To papa. - rzuciła i pobiegła w stronę wyjścia zostawiając mnie samą przy stoliku, wśród tłumów ludzi.
Dokończyłam deser, wypiłam herbatę i wyszłam. Pomoim dobrym humorze nie było nawet śladu. Pozostał jedynie smutek i pewien żal.
Nie potrafię tego wyjaśnić ale mam go do tej chwili. Jest mi źle z tym, że osoba, która jest dla mnie jedną z najważniejszych ludzi zostawiła mnie, jakbym wcale się dla niej nie liczyła. Jak gdyby poszła tam wyłącznie z łaski, z przymusu. Po prostu czuję się podle. Mam wrażenie, że nie mogę już liczyć na nikogo. Nie mam nikogo do kogo mogłabym zadzwonić, aby spotkać się po szkole i po ludzku, porozmawiać. Czuję się samotna. Bardzo samotna i nikomu niepotrzebna. Cóż. Przynajmniej mam powód, motywację, aby jutro wstać wcześnie i udać się na basen. Trzeba spalić dzisiejszą bombę kaloryczną.
piątek, 3 stycznia 2014
"Chce po prostu akceptacji(...)"
Rozczarowanie. Samotność. Bezużyteczność. Monotonia. Zakłopotanie. Pustka.
Ogromnie rozczarowana sylwestrem, który przecież miał być tak wspaniały. Ogromnie samotna pośród otaczających mnie ludzi, już nie tylko tych na ulicach, ale także wśród swoich własnych "przyjaciół". Tak bardzo niepotrzebna i obojętna innym. Powtarzająca wciąż te same schematy. Niesamowicie zmieszana i skrępowana podczas zwykłego wieczornego wyjścia - niemogąca znaleźć sobie miejsca. Po prostu ogromnie pusta w środku.
Tak naprawdę uświadomiłam to sobie dopiero po Nowym Roku. Będąc dokładną, leżą w łóżku, wpatrując się w sufit z boląca głową i ogromnymi mdłościami po sylwestrowej imprezie. Zastanawiałam się - co poszło nie tak? Dlaczego obudziłam się i pierwsze co zrobiłam to zaczęłam płakać? - (oczywiście zaraz po zniwelowaniu pustyni w moich ustach dwoma litrami wody niegazowanej). Dlaczego nie potrafię się bawić i po prostu cieszyć się z życia? Znam odpowiedź. Jednak nie chcę się do niej przyznać. Nie chcę jej przyjąć. Nie potrafię jej zaakceptować. Nie mogę. Nie dam rady być tak bardzo samotna dłużej. Nie zrozumcie mnie źle - moim celem nie jest użalanie się nad sobą. Nie chcę wielkiej miłości jak z tanich komedii romantycznych. Nie jestem jedną z tych, które wyją do książęca rozpaczając nad swoją samotnością. Rzadko zdarza się, że w weekendowy wieczór znajdziecie mnie w domu czy, że ominę jakiś koncert czy imprezę, na którą mam możliwość iść, choć nie mam możliwości przebierania w zaproszeniach. Nie izoluje się od ludzi. Rozpaczliwie pragnę ich towarzystwa. Jednak to nic nie zmienia. W dalszym ciągu nie mogę pozbyć się tych świdrujących i rozdzierających mnie od środka uczuć i myśli. Beznadziejności i zawieszenia. Chce po prostu akceptacji - poczucia, że jestem komuś naprawdę potrzebna. Czy to tak wiele? Dlaczego nie mogę tego odnaleźć? Ile jeszcze wytrzymam?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)